Nie być
Przeciąć nić
Wypluć dni, tygodnie
Wyszarpać z siebie
Jałową pustkę
Poczuć zapach
Mokrej trawy
Zapomniałam, że może być tak dobrze! Zapomniałam, że da się zatrzymać czas. Zapomniałam, że punkowa kotłowanina tak dobrze robi na mózg. Wczorajsze łubudubu wszystkim nam było bardzo potrzebne. Podrygiwanie do, powiedzmy sobie szczerze, jednorodnych dźwięków oczyściło umysł ze złogów smutnych myśli.
Dwór na Wichrowym Wzgórzu, koncert Dr Misia i Proletaryatu, 13.09.2024
Szczebrzeszyn przyniósł też inną refleksję. Starość może być piękna. Może być młoda, szlachetna, delikatna, mieć słodki smak spełnienia. Artyści raczący nas słowem byli na prostej drodze do 80. To napawa optymizmem.
Festiwal Stolica Języka Polskiego, 7.08.2024r.
By przerwać monotonię, uciec od tu i teraz, pojechaliśmy zgadywać świat. Wśród zielonej płachty parku poutykane pod drzewami, zawadiacko ustawione bądź ostentacyjnie wyniosłe rzeźby i instalacje uspokoiły nasze nerwy, rozbawiły, pozwoliły złapać oddech. Dużo ciepła, bliskości i humoru. Tak lubię. Wydeptywaliśmy dziką, obezwładniająco pachnącą trawę w poszukiwaniu myśli innych ludzi. Nieoczywiste kształty prowokowały do rozmów.
Jaga pod namiotem odkrywała, że z wosku pszczelego można stworzyć świece. Była też świadkiem powalenie drzewa przez wiatr. Rozsmakowała się w miodzie!
Przemijanie…Oczywistość. Nie zatrzymam czasu, nie cofnę, a chciałabym. Banał. Nie tylko ja. Trzeba żyć. Robić swoje. Ile jest we mnie tej, z której wyszłam? Jak bardzo powinnam od niej uciekać? Jak zerwać sznury, którymi zostałam spętana? Dużo przemocy w tym opisie. Przemocy uświadomionej w dojrzałym wieku. Ciągle poczucie odpowiedzialności za matkę. Patologiczny stan. A z drugiej strony tkliwość, delikatność i wdzięczność. Wdzięczność za niektóre filtry do odbioru świata. Za odwagę bycia inną, za ukochanie sztuki (choćby i bardzo naiwne, ale takie z głębi, niewyuczone). Patrzyłam na nią, gdy słuchała muzyki.Widziałam rozkołysanie, zachwyt, upojenie. To ta cząstka, która wędruje przez pokolenia?
Wiercić się, szukać, odkrywać, uśmiechać się, złościć na prymitywizm, podpatrywać, upajać się słowem, córkę wprowadzać w świat sztuki, literatury i delikatnych, spełnionych, mądrych ludzi to zadanie na niedzielę. O 10.00 wskoczyliśmy do brzydkiej szwedki, aby pognać ku mazowieckiej patelni traw i lasów. Kilkadziesiąt kilometrów od domu odkryłam kolejną ulubioną przestrzeń (mimo że byłam tam już wcześniej). Wśród monumentalnych drzew hojnie obdarzających cieniem i spokojem przeżyliśmy wiele dobrych chwil. Jagoda zasiadła przed sztalugami. Odpłynęła. My wysłuchaliśmy rozmowy z Katarzyną Kasią i Grzegorzem Markowskim. Poczuliśmy się przytłoczeni nieco zbyt nachalną autoreklamą. Nie po drodze nam z żadną opcją polityczną, nigdy nie byliśmy w gronie wielbicieli tej czy innej partii. Rozmowa nas zasmuciła…
Potem przyszedł czas na głupawą komedyjkę „Moja żona odeszła z naszą terapeutką”. Głupstewko, ale z czegoś trzeba żyć🤪I ogromna wartość dodana - Jagoda odkryła, że jedna z aktorek podkłada głos do jej ulubionych kuców! Była tym prawdziwie oczarowana, szybciutko wyszukała imię i nazwisko artystki, wyszperała w internecie wiadomości, by utwierdzić się w tym, że ma rację. Patrzyłam na naszą córkę zachwycona jej czułym uchem. Niesamowite.
W połowie przedstawienia Jagoda oświadczyła, że chce do domu. Poczułam popłoch. Tkwił we mnie niedosyt. Ciut rozczarowania festiwalem. Jacek, jak zwykle, uratował dzień. Sam odwiózł Jagodę do Ostrowca, abym mogła cieszyć się chwilą.
Umościłam się na kocyku, tuż przed samą sceną z trawy, liści i monumentalnych drzew. Już sama zapowiedź spektaklu robiła wrażenie. To, co nastąpiło później, nie zostanie godnie opisane. Oczarowana, oszołomiona i powalona talentem aktorki, pani Agnieszki Przepiórskiej, wchodziłam w świat Simony Kossak, w jej wrażliwość, mądrość, czerpałam siłę z jej dobroci i buntowniczej, nieposkromionej natury. Zostałam obdarowana częścią puszczy, symboliczna garść liści sprawiła mi wielką radość. Tak wiele dobrych uczuć i jeden żal…Żal, że Jacek nie mógł tego doświadczyć. Monodram „Simona K.Wołająca na puszczy” dodaj do ulubionych.
Na zakończenie dnia już razem z Jackiem wysłuchaliśmy koncertu, który pieścił zmysły. Grażyna Auguścik z zespołem wprowadziła nas w lekki trans. Podpatrywałam Jacka, który aż przymykał oczy w upojeniu. Kocham tę część jego natury. Nie tylko ja, spokój, jaki od niego bije, sprawia, że lgną do niego żyjątka - motyl przycupnął na jego łopatce i słuchał z nami nastrojowych dźwięków.
Czarnolas, 21 lipca 2024r.
Duszny krajobraz miasta został za plecami. Znowu wjechaliśmy w ukochane przestrzenie. Znowu stawiamy się do pionu, wgniatając w asfalt koła rowerów. Droga pod górę, nie może być łatwo. Trzeba poczuć ścieżki potu na ciele, trzeba regulować oddech, trzeba upajać się widokiem gór. Trzeba, by zachować siebie. Wąska droga pośród pól ogarniętych żniwną gorączką. Niemal fizyczny ból wywołany spojrzeniem na ściernisko. Odurzająca woń spieczonej słońcem ziemi i życiodajnych roślin. A propos woni! Zaskakująca połać rozbawiła nas do łez. Czuliśmy się jak odkrywcy zakazanego lądu. Ostry, wilgotny, charakterystyczny zapach przywołał wiele zabawnych chwil ze spotkań z przyjaciółmi.
Ostrowiec Św.-Chmielów-Kunów-Śnieżkowice-Momina-Garbacz-Czerwona Góra-Sadowie-Miłków- Ostrowiec Św.
50 km terapii, by wieczorem znowu pójść do szpitala, znowu służyć wsparciem, znowu…
Nie zwariować, trzymać się w pionie. Wsiąść na rower i pognać przed siebie. Rozjeżdżać żal, zmęczenie i rezygnację. Wdychać lato znad pól, z lasów, podglądać niedzielną krzątaninę ludzi z wiosek i małych miasteczek. Odświętne stroje, odprasowane koszule, sukieneczki i dreptanie do kościoła. Mechaniczny rytuał, który przynosi im jakąś dziwną ulgę, uspokaja być może - jestem dobry, bo wierzę. Po wizycie od nowa mogę złorzeczyć sąsiadowi, nie zauważać potrzeb najbliższych, wyżywać się na innych, kraść, być homofobem (szydzenie z dzieci, które poszukują tożsamości, to najobrzydliwszy przejaw) i rasistą (wiadomo, że „nasze ludzie najlepsze, najporządniejsze!”). Niedojrzałość emocjonalna, potrzeba wspólnoty, niedomogi intelektualne, ale też zagubienie, magiczne myślenie spod znaku baśni. Dobry pan bóg pomoże… Pamiętam z dzieciństwa to przeświadczenie, że jeśli będę żarliwie wymawiać zaklęcia modlitw, to los się odwróci. Zabierze z mojego domu chorobę, która była postrachem dla tych wszystkich „wierzących”, która wyzwalała w nich potrzebę szyderstwa i obgadywania. Żaden przedstawiciel instytucji władającej sumieniami, oślepiającej wzrok złotem ornatów nigdy nie zapytał wystraszonej dziewczynki, jak jej pomóc. Ba! Ci klepiący ojczenasze i zdrowaśmarie też nie. Klapki na oczach, nie widzę, nie słyszę, ale przecież jestem lepszy, bo wierzę - sam nie wiem w co. By odpędzić ciężar wspomnień, zwiększałam tempo, chciałam dopędzić Jacka. Próba złapania oddechu przy brzemiennych drzewach wiśni. Strużki soku między zębami, w nozdrzach piekący zapach pól. Smaki i zapachy najwspanialszej świątyni. Świątyni uważności. A potem? Potem nagroda za trud. Bezkresna nadwiślańska plaża, woda ze spokojem, niekiedy groźnym pomrukiem, płynąca przed siebie, ptaki kłócące się w zaroślach o najistotniejsze dla nich kwestie. Piasek otulający ciało. To lubię!
I powrót, wysiłek, walka o oddech, znowu pola, drzewa, osady. Mordercza terapia, modlitwa ateistki.
90 km pięknych doznań, ale też uwierających wspomnień. Niedziela w pełni odświętna.
Ostrowiec Św. - Słupia Nadbrzeżna - Ożarów- Ostrowiec Św., 15 lipca 2024r.
Jasne spojrzenie Kamila, jego zmysł obserwacji i ogromna dobroć doprowadziły nas do rozmowy o poczuciu odpowiedzialności i o potrzebie dbania o samego siebie. Przez ostatni tydzień Miluś schował się w głąb Kamila, który kursował między dziadkami, by im pomóc wyprostować poplątane ścieżki codzienności. Pił herbatki, wysłuchiwał tych samych opowieści, wywoził trawę, bo przecież nie może tak tkwić w taczkach, rysował mapki sytuacyjne po kolizji, by dać odczuć dziadziusiowi, że nie został z tym sam, że wnuk pamięta kilometry przemierzane oplem z mężczyzną, który nagle, zupełnie dla siebie niespodziewanie, już nie panuje nad mechanizmem auta. Kamil - samozwańczy ekonom od lat zajmujący się rachunkami czworga dziadków. Dbający o terminowość wpłat i ich zasadność. Mężczyzna, który odpowiedzialność przejął po swoim tacie, ot tak, naturalnie, bez umoralniających gadek i dusznych kościelnych kadzideł.
Jestem bardzo dumna i bardzo się boję. Boję się, że bezduszny, zakłamany świat zniszczy spokój mojego dziecka.
Gdy czekasz na coś cały rok i nagle rzeczywistość daje ci prztyczka w nos, czujesz się oszukana i bezsilna. Te uczucia też są niewłaściwe, wiem, ale po prostu są. Zamiast pedałować nad Bałtykiem, trafiliśmy w sam środek prozy życia. Czworo rodziców potrzebujących wsparcia, opieki w chorobie, zapanowania nad codziennymi trudnościami, to drabina z naszych ostatnich dni. Wspinamy się po niej z dużym wysiłkiem, ale też poczuciem, że tak powinno być. Odkrywam kolejną piękną i niezwykle szlachetną odsłonę Jacka. Skosić trawę na trzech działkach? Proszę bardzo. Załatać dach w Chmielowie? Nic prostszego. Spędzić calutkie trzy dni urlopu w garażu, by naprawić rozklekotany samochód rodziców? To naturalne. Wspierać każdego dobrym słowem i uśmiechem? Z największą radością. W każdym jego geście jest miłość i przyzwoitość. Bardzo wiele się od niego uczę. Czerpię energię z jego humoru i spokoju. Dzięki temu łatwiej mi poukładać pogmatwane uczucia wobec własnych rodziców. To jasne, że ich kocham. Kolejny raz wchodzę w rolę matki swojej mamy i swojego taty. Przełamuję bariery i oswajam lęki. Przedziwne doświadczenie - myć schorowanego rodzica. Zdziwiona jestem naturalnością sceny ze szpitalnej łazienki. Dzięki dużej pracy nad sobą nauczyłam się odcinać emocje. Są rzeczy, które po prostu trzeba zrobić. Tysiące rozmów telefonicznych, odpowiedzi na powtarzające się pytania. Drobne cegiełki muru, który wczoraj runął z hukiem. Poddałam się, miałam ochotę wyć. Kto był świadkiem mojej porażki? Jacek. Co zrobił? Pomógł w najpiękniejszy sposób.
- Mamusiu, opiszesz to na blogu?
To jest trudne do opisania, to ma wiele barw, to mieści w sobie przeróżne emocje, to skrywa magię i zmęczenie, to stało się budulcem do tworzenia.
W piątkowy poranek rozpoczęłyśmy z Jagodą córkowo - matczyny wypoczynek. Po kilku godzinach turkotania dotarłyśmy do celu. Dotarłyśmy? A może jeszcze docieramy? A może nigdy nie dotrzemy? Co jest celem?
Piątą dobę uczymy się siebie nawzajem w zupełnie innej rzeczywistości. Łóżko w łóżko, stół w stół. Myśl w myśl?
Radość, że przeżywamy razem wiele dobrych chwil. Strach, czy wszystko robię tak, jak powinnam. Nie nauczono mnie wypoczynku z mamą, nie znam smaku wspólnych wyjazdów. Zamiast wspomnień w tej przegródce rejestru chwil mam po prostu smutną, ziejącą niespełnieniem pustkę. Przez wiele lat wmawiałam sobie, że to nic takiego, że przecież wiele dzieci nie doświadcza takich momentów, więc skąd ten żal?
Niepewność i pewność.
Łeba, epizod
Rowery przygotowane do startu. Miarowy chrzęst zużytych nieco kół. Dzień Ojca w terenie. Brak chłopców, ale też zrozumienie dla odrębności ich bytów. Widok Jacka pomagającego Jagodzie zwalczyć słabości. Dłoń na plecach córki jako most do pewności siebie. Wilgoć pod powieką. Smakowanie potraw w zabitej dechami wiosce przed dworkiem, który uwiódł mnie sielskością. Migawka wyobrażeń. Co by było, gdybym to ja w nim mieszkała? O czym bym marzyła? Jak podchodziła do życia?
A potem smakowanie malin, odkrywanie podobieństwa odruchów między tatą i córką i znowu ten szczególny rodzaj wzruszenia, o którym nie da się opowiedzieć. Najpiękniejsze chwile.
Flesz. Wędrówka pod górę. Gwar, śmiech ze szczyptą ironii, małpki, zmęczenie, upał i radość. Radość, że można tak ramię w ramię, radość, bo ktoś pomyślał o tym, by alkohol smakował wytwornie, radość, że się udało. Na Świętym Krzyżu krótki odpoczynek, zabawny epizod ze Stefanem, a może Szczepanem i powrót do dolinki. Taniec, śmiech i wzdychanie w nieznane. Po zmroku zjednoczenie naznaczone ogniem. Wielowymiarowość palenia. Niebieskie rękawiczki jako kod do wygibasów wyobraźni. Wyborny smak kiełbasy z Biedry. W niedzielne przedpołudnie kilka godzin rozmów na „Krystynach”. I to poczucie, że warto budować relacje, ta pewność, że to był dobrze spędzony czas.
Wycieczka z Elą, Edi, Olą, Marzeną, Kingą i Agą - dodaj do ulubionych👍
Wólka Milanowska, 15 -16 czerwca
Jak dobrze! Aktorzy zagrali pięknie i z humorem. Wciągnęli nas w Tuwimowe frazy, rozbawili. Maleńka scena. na której hulało słowo, zakotwiczyła w mojej głowie, osiadając przy transparencie: „Naprawdę udany wieczór”. Obok mnie na czerwonym krzesełku Jacek, nic więcej nie potrzeba.
Potem gonitwa do domu, wyciszenie, wypatrywanie rozmytych świateł (zgubiłam soczewkę😂), wymiana myśli, żart.
„Tuwim dla dorosłych” Teatr Roma, Warszawa 13.06.2024r.
Jeden z najdziwniejszych majów w moim życiu. Wiele złych chwil. Na koniec, jakby na potwierdzenie beznadziejności miesiąca, wiadomość od Kuby. Kolejny dowód na to, że żaden tytuł, funkcja, nie czyni Cię człowiekiem. Gorzka lekcja o zachłanności. Wszędzie ta mamona.
Jak łatwo jest sterować tłumem. Zdumiewające. Wystarczy odpowiednio podgrzać emocje. Szepnąć kilka słów o bezwzględności i niesprawiedliwości i już tłumek wiernych wyznawców kręci głowami z oburzeniem. Ofiary braku krytycznego myślenia. Poniedziałkowe przedstawienie było fascynujące. Zaplanowana w cieniu gabinetu bieda intryga trafiła na podatny grunt. Wyartykułowane w pośpiechu, bez ładu i składu oskarżenia trafiły do przekonania kiwających głów, które nawet przez chwilę nie pomyślały o tym, kto jest odpowiedzialny za politykę kadrową, kto w ostatnich latach przyjął do pracy znajomych króliczka i teraz ma z tym problem. Majstersztyk. Odwrócenie uwagi poprzez wyznaczenie kata i ofiary. Nieważne, że do tej pory ludzie podpisywali obniżenie w zaciszu dyrektorskiego pokoju. Nieważne. Show spodobało się publice. Rzekoma ofiara teatralnie rzuciła papierami i wyszła z hukiem. Zatroskane przyjaciółki podjęły kwestię, dramatyzując: „Kto nam będzie Librusem kierował?!” Tylko czy z tych słów przebijała troska o ofiarę, czy raczej strach, że teraz trzeba będzie samemu w te internety? To prawdziwe szczęście mieć takie „koleżanki”.
Kto tu kat? Kto ofiara? Na pewno nie ci, którym przyznano główne role w poniedziałkowym przedstawieniu.
To bardzo smutne, że ci, którzy uczą i wychowują młodych ludzi, nie umieją samodzielnie myśleć. Przerażający jest brak umiejętności panowania nad emocjami i prostackie wręcz odruchy.
Mimo wszystko wierzę w człowieka!
Gorzki smak zawodu, wielki żal do ludzi. Tak bardzo czekałam na to widowisko, tak wiele sobie po nim obiecywałam, tak bardzo chciałam, by wzruszenie odebrało mi mowę. Zamiast tych uczuć pojawiła się złość - nie mogłam zrozumieć słów piosenek. Obrazy Beksińskiego sprofanowano brakiem profesjonalizmu. Nie wolno tak postępować z publicznością. Nie zgadzam się na chałturę!!!
„Beksiński live”
Lublin, 22 maja 2024r.
Przedsmakiem przygody było pakowanie: koc, pudełka z owocami, parasole. Około pięćdziesięciu kilometrów od domu spotkało nas spełnienie. Wysiadłyśmy z Jagą na podwórku pachnącym kształtem. Zaciekawione weszłyśmy do dziwacznego budynku, niespiesznie wodziłyśmy wzrokiem po przestrzeni, w której nie wszytko nam się podobało.
Kolejną wspomnieniową migawką jest widok Jagi pochylonej nad masą, z której powoli rodził się pies. Skupienie, dobieranie proporcji… żeby nie sterczeć jej nad głową, weszłam w gęstwinę lasu. Lasu skrywającego ciekawostki, myśli, wizje, a pewnie i gorycz ludzi, którzy zamiast słów używają rozmaitych tworzyw. Zazdrość, zachwyt, zdziwienie… Ja nie potrafię, a tak bardzo bym chciała. Mam ręce stworzone do destrukcji, nic nie potrafię nimi wyczarować.
Najważniejszym momentem wyprawy była rozmowa z artystką. Wejście do pracowni mnie onieśmieliło. Starsza kobieta o bardzo spracowanych, ale pięknych dłoniach walczyła z jakimś tworzywem, z którego wyzierały już nogi, patrzyłam urzeczona tym zmaganiem. Wdychałam zupełnie obce mi zapachy. Wreszcie zdobyłam się na komentarz: „Trudno jest ubrać myśl w kształt, trudniej niż w słowo”. Ciepłe spojrzenie spotkało się z moim i po chwili usłyszałam: „Nie, chyba w słowo trudniej”, a potem już rozmowa potoczyła się swobodnie, przyjacielsko. Miałam wrażenie, że stoi przede mną ktoś bliski, ktoś, kto wiele rozumie, zna smak walki o myśl. Po kwadransie ponownie weszłam do pracowni, tym razem towarzyszyła mi Jaga. Chciałam, żeby zyskała świadomość, żeby poczuła, czym jest akt tworzenia. Bez definicji, regułek, blichtru wystaw, fleszy.
To był piękny czas. Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku.
19 maja 2024r.
Od kilku tygodni trwa rytualny absurd. Tysiące gestów naznaczonych pustką. Pląsanie pod dyktando społeczności i kościoła (choć to też społeczność). Złość na siebie za brak stanowczości. Strach o córkę i jej emocje. Też chce wierzyć, że to głębokie, też szuka prawdy. Jak ja przed laty. Jak ją uchronić przed rozczarowaniem? Jak nie okaleczyć schematami? Czuję się jak hipokrytka. Jestem hipokrytką. Tylko jak pogodzić dwa światy, które nie mają ze sobą nic wspólnego? Jak je spiąć?
Od rana spokój, pewność, że tak jest dobrze. Leniwie płynące minuty, zapach obiadu, twarze dzieci i Jacka. Można aż tak bardzo nie chcieć niczego więcej? Można. Ta błogość, brak nerwowego oczekiwania na coś innego, niewyglądanie fajerwerków. Smakowanie, rozgryzanie, wysysanie chwil. Zielone szepty zadomowione w szufladkach wspomnień. Cudaczny nibytort, najsmaczniejsze pod słońcem sushi, którego nie spróbowałam, a które pachniało miłością już od kilku dni, klocki jako przedłużenie dzieciństwa. 21. urodziny Kamila, Kamilka, Milusia.
Schemat, schemat, schemat. Idziesz na sztukę buntownika, rewolucjonisty rzucającego wyzwanie FORMIE i odkrywasz, że cała sytuacja jest groteskowym chichotem losu. Siedzisz na wyściełanym krzesełku, walczysz o wygodną pozycję. Starasz się nie stracić żadnego ze słów, żadnej pozy, aż tu nagle nachodzi cię myśl, że bunt to też forma. Co gorsza, ta myśl sama w sobie wcale nie jest odkrywcza. Czy Iwona nie uległa formie, czy raczej padła jej ofiarą? Czy jest ofiarą zwyciężczynią, czy ofiarą, która przepadła z kretesem? A my, ludziki na welurowych krzesełkach, kim jesteśmy? Weszliśmy w schemat czy od niego uciekliśmy? Odwieczne, a raczej odgombrowiczowskie czy.
„Iwona, księżniczka Burgunda”, Radom, premiera.
Piątkowy koncert sprawił, że odgrzebałam dawno zapomniane emocje. Najprostsze prawdy wskoczyły na swoje miejsce. Muzyka pociąga za uśpione struny, nakazuje rewidować poglądy, wstrząsa sumieniem.
Oczarowana patrzyłam na ciało wokalistki - całe było dźwiękiem. Twarz, pociągnięta grubą warstwą radości, zupełnie nie zdradzała wieku. Utwierdziłam się w przekonaniu, że można oszukać czas. Choć oszukać to nie najwłaściwsze słowo. Powinnam raczej napisać, że z czasu można drwić, można mu grać na nosie. Gdy pasja w duszy tańczy ubiera nas w pancerz nieśmiertelności.
Pięcioro ludzi na scenie, którzy dźwiękiem dokonali cudu, cudu wzruszenia i radości.
Grażyna Łobaszewska i Adam Nowak z zespołem Ajagore.
W teatrzyku mundi
Rytualne cierpienie
W jajecznych oparach
Krzyż usmarowany
Masą cytrynową
i okraszony migdałem
Wiele gestów
Bez namysłu
Stół - arena
Cyrk udawanej wspólnoty
Czy zmartwychwstanie
Życzliwość?
Pogrzebałam słowo
Wepchnęłam w myśl
Szamocze się
I drży
Nie ma nadziei
Na zmartwychwstanie
Zarezerwowano
Ostatnie weekendy wirowały w głowie. Spotkanie z dziećmi we Wrocławiu to piękny czas. Zwyczajne rozmowy, wymiana spojrzeń, żarty. Wszystko takie swojskie, bliskość jest wspaniała.
Potem wzrok wbity w obrazy. Zwielokrotniony ból istnienia, fobie… Poczucie, że niektóre z tych dzieł zostały wyrwane, wprost wyszarpane ze mnie. Przygarbiona sylwetka pod złowrogo zwisającym pajęczynowym niebem. Pełzający, zdeformowany, zagubiony człowiek. Zalepione oczy… To moje stany, gdyby przyszło mi namalować uczucia, byłyby to obrazy łudząco podobne to tych, które stworzył Beksiński (pod warunkiem, oczywiście, że zostałabym obdarzona talentem). To dziwne uczucie, tak stać naprzeciwko obrazu i widzieć na nim siebie, aż do bólu. Bardzo ważne jest to, że sam artysta nie silił się na tłumaczenie swoich intencji. Zero picu, pustego, podszytego egzaltacją komentarza. Tak lubię! Stąd artyzm.
Powroty są naznaczone nadzieją. Nadzieją na przeżycie kolejnych wzruszeń. Każdy wyjazd w Bieszczady przynosi inne emocje. Ten, który trwa, jest jednym z najpiękniejszych . Za głowami szemrze nam potok, nad nami niczym ekoludziki wnoszą się drzewa.
Córka. Uważne spojrzenie, niewymuszony humor i wytrwałość w przemierzaniu przestrzeni. Desperackie próby ucieczki przed miejskim zgiełkiem. Zachwyt i poczucie osaczenia, taniec na linie emocji. Tak dobrze jest przypatrywać się dziecięcej ciekawości świata, tak dobrze jest tulić do siebie cieplutkie, ufne ciało i słuchać poważnie zadawanych pytań…
Ranking:
1. Jagi komentarz w samolocie🫣
2. Spacery i opowieści o nocnym „zwiedzaniu” Rzymu😉
3. Giuseppe wyjadający słodkości🤣
4. Edyty sen w autobusie - na popielniczkę🤣
4. Podróż windą dla krasnali🥰
5. Smakowanie nowości🦑
6. Rzym i Florencja jako … dodatek🤪