Gdy czekasz na coś cały rok i nagle rzeczywistość daje ci prztyczka w nos, czujesz się oszukana i bezsilna. Te uczucia też są niewłaściwe, wiem, ale po prostu są. Zamiast pedałować nad Bałtykiem, trafiliśmy w sam środek prozy życia. Czworo rodziców potrzebujących wsparcia, opieki w chorobie, zapanowania nad codziennymi trudnościami, to drabina z naszych ostatnich dni. Wspinamy się po niej z dużym wysiłkiem, ale też poczuciem, że tak powinno być. Odkrywam kolejną piękną i niezwykle szlachetną odsłonę Jacka. Skosić trawę na trzech działkach? Proszę bardzo. Załatać dach w Chmielowie? Nic prostszego. Spędzić calutkie trzy dni urlopu w garażu, by naprawić rozklekotany samochód rodziców? To naturalne. Wspierać każdego dobrym słowem i uśmiechem? Z największą radością. W każdym jego geście jest miłość i przyzwoitość. Bardzo wiele się od niego uczę. Czerpię energię z jego humoru i spokoju. Dzięki temu łatwiej mi poukładać pogmatwane uczucia wobec własnych rodziców. To jasne, że ich kocham. Kolejny raz wchodzę w rolę matki swojej mamy i swojego taty. Przełamuję bariery i oswajam lęki. Przedziwne doświadczenie - myć schorowanego rodzica. Zdziwiona jestem naturalnością sceny ze szpitalnej łazienki. Dzięki dużej pracy nad sobą nauczyłam się odcinać emocje. Są rzeczy, które po prostu trzeba zrobić. Tysiące rozmów telefonicznych, odpowiedzi na powtarzające się pytania. Drobne cegiełki muru, który wczoraj runął z hukiem. Poddałam się, miałam ochotę wyć. Kto był świadkiem mojej porażki? Jacek. Co zrobił? Pomógł w najpiękniejszy sposób.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz