niedziela, 28 lipca 2024

Uciec od tu i teraz

 By przerwać monotonię, uciec od tu i teraz, pojechaliśmy zgadywać świat. Wśród zielonej płachty parku poutykane pod drzewami, zawadiacko ustawione bądź ostentacyjnie wyniosłe rzeźby i instalacje uspokoiły nasze nerwy, rozbawiły, pozwoliły złapać oddech. Dużo ciepła, bliskości i humoru. Tak lubię. Wydeptywaliśmy dziką, obezwładniająco pachnącą trawę w poszukiwaniu myśli innych ludzi. Nieoczywiste kształty prowokowały do rozmów. 

Jaga pod namiotem odkrywała, że z wosku pszczelego można stworzyć świece. Była też świadkiem powalenie drzewa przez wiatr. Rozsmakowała się w miodzie!





Orońsko, Centrum Rzeźby Polskiej, epizod 2.


Czas

 Przemijanie…Oczywistość. Nie zatrzymam czasu, nie cofnę, a chciałabym. Banał. Nie tylko ja. Trzeba żyć. Robić swoje. Ile jest we mnie tej, z której wyszłam? Jak bardzo powinnam od niej uciekać? Jak zerwać sznury, którymi zostałam spętana? Dużo przemocy w tym opisie. Przemocy uświadomionej w dojrzałym wieku. Ciągle poczucie odpowiedzialności za matkę. Patologiczny stan. A z drugiej strony tkliwość, delikatność i wdzięczność. Wdzięczność za niektóre filtry do odbioru świata. Za odwagę bycia inną, za ukochanie sztuki (choćby i bardzo naiwne, ale takie z głębi, niewyuczone). Patrzyłam na nią, gdy słuchała muzyki.Widziałam rozkołysanie, zachwyt, upojenie. To ta cząstka, która wędruje przez pokolenia? 


poniedziałek, 22 lipca 2024

Carpe Diem - festiwal

 Wiercić się, szukać, odkrywać, uśmiechać się, złościć na prymitywizm, podpatrywać, upajać się słowem, córkę wprowadzać w świat sztuki, literatury i delikatnych, spełnionych, mądrych ludzi to zadanie na niedzielę. O 10.00 wskoczyliśmy do brzydkiej szwedki, aby pognać ku mazowieckiej patelni traw i lasów. Kilkadziesiąt kilometrów od domu odkryłam kolejną ulubioną przestrzeń (mimo że byłam tam już wcześniej). Wśród monumentalnych drzew hojnie obdarzających cieniem i spokojem przeżyliśmy wiele dobrych chwil. Jagoda zasiadła przed sztalugami. Odpłynęła. My wysłuchaliśmy rozmowy z Katarzyną Kasią i Grzegorzem Markowskim. Poczuliśmy się przytłoczeni nieco zbyt nachalną autoreklamą. Nie po drodze nam z żadną opcją polityczną, nigdy nie byliśmy w gronie wielbicieli tej czy innej partii. Rozmowa nas zasmuciła…

Potem przyszedł czas na głupawą komedyjkę „Moja żona odeszła z naszą terapeutką”. Głupstewko, ale z czegoś trzeba żyć🤪I ogromna wartość dodana - Jagoda odkryła, że jedna z aktorek podkłada głos do jej ulubionych kuców! Była tym prawdziwie oczarowana, szybciutko wyszukała imię i nazwisko artystki, wyszperała w internecie wiadomości, by utwierdzić się w tym, że ma rację. Patrzyłam na naszą córkę zachwycona jej czułym uchem. Niesamowite.

W połowie przedstawienia Jagoda oświadczyła, że chce do domu. Poczułam popłoch. Tkwił we mnie niedosyt. Ciut rozczarowania festiwalem. Jacek, jak zwykle, uratował dzień. Sam odwiózł Jagodę do Ostrowca, abym mogła cieszyć się chwilą.

Umościłam się na kocyku, tuż przed samą sceną z trawy, liści i monumentalnych drzew. Już sama zapowiedź spektaklu robiła wrażenie. To, co nastąpiło później, nie zostanie godnie opisane. Oczarowana, oszołomiona i powalona talentem aktorki, pani Agnieszki Przepiórskiej, wchodziłam w świat Simony Kossak, w jej wrażliwość, mądrość, czerpałam siłę z jej dobroci i buntowniczej, nieposkromionej natury. Zostałam obdarowana częścią puszczy, symboliczna garść liści sprawiła mi wielką radość. Tak wiele dobrych uczuć i jeden żal…Żal, że Jacek nie mógł tego doświadczyć. Monodram „Simona K.Wołająca na puszczy” dodaj do ulubionych.

Na zakończenie dnia już razem z Jackiem wysłuchaliśmy koncertu, który pieścił zmysły. Grażyna Auguścik z zespołem  wprowadziła nas w lekki trans. Podpatrywałam Jacka, który aż przymykał oczy w upojeniu. Kocham tę część jego natury. Nie tylko ja, spokój, jaki od niego bije, sprawia, że lgną do niego żyjątka - motyl przycupnął na jego łopatce i słuchał z nami nastrojowych dźwięków.

Czarnolas, 21 lipca 2024r.






niedziela, 21 lipca 2024

Żniwa

 Duszny krajobraz miasta został za plecami. Znowu wjechaliśmy w ukochane przestrzenie. Znowu stawiamy się do pionu, wgniatając w asfalt koła rowerów. Droga pod górę, nie może być łatwo. Trzeba poczuć ścieżki potu na ciele, trzeba regulować oddech, trzeba upajać się widokiem gór. Trzeba, by zachować siebie. Wąska droga pośród pól ogarniętych żniwną gorączką. Niemal fizyczny ból wywołany   spojrzeniem na ściernisko. Odurzająca woń spieczonej słońcem ziemi i życiodajnych roślin. A propos woni! Zaskakująca połać rozbawiła nas do łez. Czuliśmy się jak odkrywcy zakazanego lądu. Ostry, wilgotny, charakterystyczny zapach przywołał wiele zabawnych chwil ze spotkań z przyjaciółmi. 


 Ostrowiec Św.-Chmielów-Kunów-Śnieżkowice-Momina-Garbacz-Czerwona Góra-Sadowie-Miłków- Ostrowiec Św. 

50 km terapii, by wieczorem znowu pójść do szpitala, znowu służyć wsparciem, znowu…

Namiastka

 Nie zwariować, trzymać się w pionie. Wsiąść na rower i pognać przed siebie. Rozjeżdżać żal, zmęczenie i rezygnację. Wdychać lato znad pól, z lasów, podglądać niedzielną krzątaninę ludzi z wiosek i małych miasteczek. Odświętne stroje, odprasowane koszule, sukieneczki i dreptanie do kościoła. Mechaniczny rytuał, który przynosi im jakąś dziwną  ulgę, uspokaja być może - jestem dobry, bo wierzę. Po wizycie od nowa mogę złorzeczyć sąsiadowi, nie zauważać potrzeb najbliższych, wyżywać się na innych, kraść, być homofobem (szydzenie z dzieci, które poszukują tożsamości, to najobrzydliwszy przejaw) i rasistą (wiadomo, że „nasze ludzie najlepsze, najporządniejsze!”). Niedojrzałość emocjonalna, potrzeba wspólnoty, niedomogi intelektualne, ale też zagubienie, magiczne myślenie spod znaku baśni. Dobry pan bóg pomoże… Pamiętam z dzieciństwa to przeświadczenie, że jeśli będę żarliwie wymawiać zaklęcia modlitw, to los się odwróci. Zabierze z mojego domu chorobę, która była postrachem dla tych wszystkich „wierzących”, która wyzwalała w nich potrzebę szyderstwa i obgadywania. Żaden przedstawiciel instytucji władającej sumieniami, oślepiającej wzrok złotem ornatów nigdy nie zapytał wystraszonej dziewczynki, jak jej pomóc. Ba! Ci klepiący ojczenasze i zdrowaśmarie też nie. Klapki na oczach, nie widzę, nie słyszę, ale przecież jestem lepszy, bo wierzę - sam nie wiem w co. By odpędzić ciężar wspomnień, zwiększałam tempo, chciałam dopędzić Jacka. Próba złapania oddechu przy brzemiennych drzewach wiśni. Strużki soku między zębami, w nozdrzach piekący zapach pól. Smaki i zapachy najwspanialszej świątyni. Świątyni uważności. A potem? Potem nagroda za trud. Bezkresna nadwiślańska plaża, woda ze spokojem, niekiedy groźnym pomrukiem, płynąca przed siebie, ptaki kłócące się w zaroślach o najistotniejsze dla nich kwestie. Piasek otulający ciało. To lubię!

I powrót, wysiłek, walka o oddech, znowu pola, drzewa, osady. Mordercza terapia, modlitwa ateistki. 

90 km pięknych doznań, ale też uwierających wspomnień. Niedziela w pełni odświętna. 

Ostrowiec Św. - Słupia Nadbrzeżna - Ożarów- Ostrowiec Św., 15 lipca 2024r.




Odkrycie

Włączam TV, wiem, że za chwilę na szklanym ekranie zobaczę swojego syna. Podekscytowanie, wzruszenie i duma przechadzają się ze mną pod rękę. Serce trzepocze niecierpliwie. Jest! On - młody, przystojny facet, który rzeczowym tonem, posługując się pięknym językiem, wyjaśnia założenia projektu. Z jego ust pada wiele trudnych słów. Patrzę, trzymam na uwięzi wilgoć, która szamocze się pod powieką i szukam, szukam mojego dziecka, jasnowłosego Tubusia, który zawsze miał mnóstwo spraw do załatwienia. Odnajduję go w błysku w oku, w sposobie ułożenia ust i spokoju, który bije od tego mężczyzny z ekranu. Do podekscytowania, wzruszenia i dumy dołącza zdziwienie: to dojrzały, ukształtowany człowiek. Już? Tak szybko?!

Jasne spojrzenie

 Jasne spojrzenie Kamila, jego zmysł obserwacji i ogromna dobroć doprowadziły nas do rozmowy o poczuciu odpowiedzialności i o potrzebie dbania o samego siebie. Przez ostatni tydzień Miluś schował się w głąb Kamila, który kursował między dziadkami, by im pomóc wyprostować poplątane ścieżki codzienności. Pił herbatki, wysłuchiwał tych samych opowieści, wywoził trawę, bo przecież nie może tak tkwić w taczkach, rysował mapki sytuacyjne po kolizji, by dać odczuć dziadziusiowi, że nie został z tym sam, że wnuk pamięta kilometry przemierzane oplem z mężczyzną, który nagle, zupełnie dla siebie niespodziewanie, już nie panuje nad mechanizmem auta. Kamil - samozwańczy ekonom od lat zajmujący się rachunkami czworga dziadków. Dbający o terminowość wpłat i ich zasadność. Mężczyzna, który odpowiedzialność przejął po swoim tacie, ot tak, naturalnie, bez umoralniających gadek i dusznych kościelnych kadzideł.

Jestem bardzo dumna i bardzo się boję. Boję się, że bezduszny, zakłamany świat zniszczy spokój mojego dziecka. 

Zamienniki

 Gdy czekasz na coś cały rok i nagle rzeczywistość daje ci prztyczka w nos, czujesz się oszukana i bezsilna. Te uczucia też są niewłaściwe, wiem, ale po prostu są. Zamiast pedałować nad Bałtykiem, trafiliśmy w sam środek prozy życia. Czworo rodziców potrzebujących wsparcia, opieki w chorobie, zapanowania nad codziennymi trudnościami, to drabina z naszych ostatnich dni. Wspinamy się po niej z dużym wysiłkiem, ale też poczuciem, że tak powinno być. Odkrywam kolejną piękną i niezwykle szlachetną odsłonę Jacka. Skosić trawę na trzech działkach? Proszę bardzo. Załatać dach w Chmielowie? Nic prostszego. Spędzić calutkie trzy dni urlopu w garażu, by naprawić rozklekotany samochód rodziców? To naturalne. Wspierać każdego dobrym słowem i uśmiechem? Z największą radością. W każdym jego geście jest miłość i przyzwoitość. Bardzo wiele się od niego uczę. Czerpię energię z jego humoru i spokoju. Dzięki temu łatwiej mi poukładać pogmatwane uczucia wobec własnych rodziców. To jasne, że ich kocham. Kolejny raz wchodzę w rolę matki swojej mamy i swojego taty. Przełamuję bariery i oswajam lęki. Przedziwne doświadczenie - myć schorowanego rodzica. Zdziwiona jestem naturalnością sceny ze szpitalnej łazienki. Dzięki dużej pracy nad sobą nauczyłam się odcinać emocje. Są rzeczy, które po prostu trzeba zrobić. Tysiące rozmów telefonicznych, odpowiedzi na powtarzające się pytania. Drobne cegiełki muru, który  wczoraj runął z hukiem. Poddałam się, miałam ochotę wyć. Kto był świadkiem mojej porażki? Jacek. Co zrobił? Pomógł w najpiękniejszy sposób. 

wtorek, 2 lipca 2024

Niepewność i pewność

 - Mamusiu, opiszesz to na blogu?

To jest trudne do opisania, to ma wiele barw, to mieści w sobie przeróżne emocje, to skrywa magię i zmęczenie, to stało się budulcem do tworzenia. 

W piątkowy poranek rozpoczęłyśmy z Jagodą córkowo - matczyny wypoczynek. Po kilku godzinach turkotania dotarłyśmy do celu. Dotarłyśmy? A może jeszcze docieramy? A może nigdy nie dotrzemy? Co jest celem? 

Piątą dobę uczymy się siebie nawzajem w zupełnie innej rzeczywistości. Łóżko w łóżko, stół w stół. Myśl w myśl? 

Radość, że przeżywamy razem wiele dobrych chwil. Strach, czy wszystko robię tak, jak powinnam. Nie nauczono mnie wypoczynku z mamą, nie znam smaku wspólnych wyjazdów. Zamiast wspomnień w tej przegródce rejestru chwil mam po prostu smutną, ziejącą niespełnieniem pustkę. Przez wiele lat wmawiałam sobie, że to nic takiego, że przecież wiele dzieci nie doświadcza takich momentów, więc skąd ten żal?

Niepewność i pewność. 

Łeba, epizod